wtorek, 17 stycznia 2017

Szlaczki, kropki, kreski i brak samogłosek

W ostatnim moim poście prezentowałem czytelnikom starożytny język grecki. Tymczasem większa część Biblii została napisana w języku hebrajskim, języku jeszcze starszym niż greka czy łacina - tą częścią jest Stary Testament. Ten język, w przeciwieństwie do greki, miał znaczenie lokalne, nie zaś międzynarodowe - posługiwali się nim przede wszystkim Żydzi. 

Poznawanie hebrajskiego to rzecz o wiele trudniejsza, niż uczenie się polskiego, angielskiego, a nawet greckiego. Jest tak dlatego, ponieważ hebrajski należy do języków semickich, skrajnie odmiennych od tych, którymi posługują się dziś Europejczycy. Języki semickie funkcjonują według wprawdzie logicznych, aczkolwiek zupełnie odmiennych zasad.

Przede wszystkim, czytamy w innym kierunku - książki i pisma hebrajskie pisane są od lewej do prawej. Ponadto, występują tylko spółgłoski - w pisanym języku hebrajskim nie istnieją samogłoski funkcjonujące jako osobne litery alfabetu. Nie oznacza to jednak, że Żydzi rozmawiali ze sobą mniej więcej tak: Gmbwd? Pmkrtn. Samogłoski były wymawiane podczas czytania tekstu, jednak nie znajdowały się w samym tekście. Były ewentualnie oznaczane specjalnymi znakami w postaci kropek, kresek i innych symboli znajdujących się pod lub nad, ewentualnie przy lub w samogłoskach. Czasami rolę samogłosek pełnią pełniły spółgłoski. Innymi słowy, Żydzi rozmawiali ze sobą używając samogłosek, np. Kot lubi mleko., jednak zapis wyglądałby prawdopodobnie tak: Kt lb mlk. Co ciekawe, władający językiem hebrajskim nie posługują się dodatkowymi znakami samogłoskowym, a zbitki spółgłoskowe zapełniają stosownymi samogłoskami na podstawie kontekstu. Z tego powodu gazety w Izraelu nie zawierają pomocniczych znaków, które używane są głównie po to, by języka hebrajskiego mogły się nauczyć dzieci.

Prawdopodobnie nigdy nie będę posługiwał się językiem hebrajskim na tyle dobrze, by móc czytać poprawnie dłuższe teksty. Jednak dobrze jest się dowiedzieć przynajmniej kilku interesujących faktów na temat tego języka.

Oto fragment Księgi Rodzaju według Biblia Hebraica (kliknij na obrazek LPM, aby go powiększyć):

Tutaj tymczasem zobaczyć można poszczególne litery alfabetu:

Część przepisanego przeze mnie alfabetu:


Oraz kilka słówek:


środa, 11 stycznia 2017

Język międzynarodowy... I wieku

Jednym z języków, w którym została napisana Biblia, jest język grecki w dialekcie koine. Koine oznacza dialekt wspólny. Język ten stanowił odpowiednik współczesnego języka angielskiego - jego znajomość była konieczna do życia wśród ludów basenu Morza Śródziemnego od III wieku p.n.e. Greką posługiwano się rozmawiając, uprawiając handel, a także tworząc dokumenty. Jednym z takich dokumentów jest właśnie Nowy Testament, który został spisany w I wieku n.e.

Ze względu na to, że studiuję teologię, jestem zobligowany do nauki tego języka przynajmniej na poziomie podstawowym, ponieważ jest on nieodzowny, by przeczytać Nowy Testament w oryginale. Nawet jeśli nie ma się do czynienia z tekstami biblijnymi, wie się, że każdy przekład jest interpretacją. Myśl autora najlepiej może być zrozumiana w języku, w którym napisał dzieło, w którym ją zawarł, a więc w języku oryginalnym. Z podobnych powodów ludzie rezygnują z czytania polskich tłumaczeń powieści swoich ulubionych pisarzy.

Nie jestem językowcem i nigdy nie miałem zmysłu filologicznego, przez co nauczenie się nowego języka jest dla mnie nie lada wyzwaniem, zwłaszcza że nie jest to żywy język - obecna greka różni się nieco od greki starożytnej. Moje odczucia w kwestii trudności tego języka są podobne, jak w przypadku nauki języka rosyjskiego w liceum - odstrasza inny alfabet, jednak po pokonaniu początkowych trudności i przemęczeniu się z gramatyką, nauka może sprawiać radość. W końcu tym językiem posługiwali się dawniej niekoniecznie uczeni, lecz zwykli ludzie, w pewnym sensie jest to język ludowy.

Zamiast zanudzać dalej teorią, wolę zaprezentować, jak wygląda greka w praktyce. Oto drukowany tekst prologu Ewangelii Jana:


A oto zdjęcie mojego podręcznika, który jest swoją drogą bardzo przystępny i przypomina podręczniki do angielskiego, które znamy ze szkoły podstawowej:


Tutaj część słowniczka z mojego zeszytu:


I fragment tłumaczonego przeze mnie dialogu:



wtorek, 3 stycznia 2017

Umysł jak brzytwa, czyli G.K. Chesterton

Istnieją różne specjalności dziennikarskie. Do najbardziej rozpoznawalnych należą dziennikarze, którzy występują w telewizji. Doceniani są także komentatorzy, zwłaszcza komentatorzy sportowi. Praca reporterów czy korespondentów również bywa postrzegana jako spektakularna i wartościowa. Na uboczu pozostają dziennikarze siedzący, a więc chociażby felietoniści, pisujący regularnie do gazet i publikujący swoje artykuły w jednej z zacisznych rubryk, ewentualnie wydający książki. Do tego typu osób należał Brytyjczyk, Gilbert Keith Chesterton (ur. 1874 r., zm. 1936 r.), XIX-wieczny eseista, poeta, powieściopisarz i dramaturg.

Jednym z moich zainteresowań jest namiętna lektura dzieł tego błyskotliwego pisarza. Chesterton zachwycił mnie żelazną konsekwencją myśli, która jednak – mimo niewątpliwej wartości intelektualnej i wewnętrznej spójności – nie wydaje się być ciężkostrawna, lecz porywa lekkością pisarskiego pióra oraz mistrzowskim zastosowaniem barwnych porównań opartych na paradoksach. Moje zainteresowanie tym myślicielem rozpoczęło się od znalezienia kilku z jego krótkich artykułów w Internecie. Lektura na tyle mnie wciągnęła, że postanowiłem zakupić jedno z fundamentalnych dzieł tego twórcy – Ortodoksję. Po pochłonięciu jednego tomu nie było mowy o niekupieniu następnego. Prędko na moją półkę z książkami trafiły kolejne pozycje opatrzone nazwiskiem Chestertona.

Ogromnym atutem stylu literackiego Chestertona jest dla mnie jego umiejętność prezentowania tego, co znane, w taki sposób, aby szokowało i fascynowało odbiorcę. Specyficzne poczucie humoru, wyszukane formy sarkazmu, zdumiewające paradoksy, nietypowe alegorie i przemawiające do wyobraźni metafory – to wszystko sprawia, że twórczość Chestertona nie tylko budzi respekt wobec warsztatu pisarza, ale zwyczajnie przyciąga umysł, domaga się kolejnych porcji esejów i rozważań spowodowanych ich pełną zaangażowania lekturą:
Człowiek nieraz sądzi, że dobrze coś zna, podczas gdy nie zna tego prawie wcale, bo uważając za znane, nie poświęca temu uwagi. Taką właśnie sprawą, zarazem powszechnie znaną i powszechnie nieznaną, jest, zdaniem Chestertona, chrześcijaństwo. Ludzie tak się do niego przyzwyczaili, że przestają je doceniać. Istota ludzka, będąc grzeszna, nie lubi wysiłku, a przez to cierpi na gnuśność wyobraźni. Tymczasem Chesterton pokazywał chrześcijaństwo jako nowe, świeże i dziwne, pełne zaskakującego piękna i poetyckiego uroku. [1]
Zaskakuje mnie także żelazna konsekwencja oraz spójność logiczna, z jaką Chesterton wyprowadza swoje przekonania z założeń i aksjomatów:
Umysł ludzki to maszyna do wyciągania wniosków; jeśli nie wyciąga wniosków, to zardzewiał. [2]
Uważam, że tego właśnie brakuje większości ludzi w dzisiejszym, postmodernistycznym i indywidualistycznym społeczeństwie. Współczesny człowiek rzadko szuka prawdy obiektywnej o sobie, świecie i sensie egzystencji. Dąży raczej do tego, co przyjemne, wygodne oraz subiektywnie piękne. Często swoją rację przeciwstawia czyjejś racji, podczas gdy jedynym argumentem pozostaje Ale ja czuję, że to prawda. lub – co gorsza – Moja prawda jest oryginalniejsza i ciekawsza, niż twoja prawda. Warto o tym wspomnieć, mając na uwadze także rozumienie prawdy w dziennikarstwie – ta wielokrotnie bywa zwyciężana przez sensację i potencjalną oglądalność. Chesterton wyraźnie sprzeciwiał się relatywizmowi prawdy oraz relatywizmowi moralnemu:
Światopogląd na skalę kosmosu budujemy nie po to, by do nas pasował, ale by pasował do świata. Człowiek tak samo nie może posiadać prywatnej religii, jak prywatnego słońca i księżyca. [3]
Chesterton sądził, że ludzie mu współcześni nie są skłonni do refleksji. Stan ich umysłu porównywał do hipnozy. Za swoje zadanie jako dziennikarza uważał wyprowadzenie ich z tego stanu. Pragnął przemienić umysły ludzi. Do wydarzeń w świecie i w kraju odnosił się w zasadzie po to, aby stały się czynnikiem inicjującym rozważania, ewentualnie pełniły funkcję ilustrującą dane idee czy koncepcje. Tymczasem obecnie istnieje w dziennikarstwie nacisk na ruch, działanie, dynamikę i relacje (koniecznie na żywo) z eventów. Sfera duszy człowieka, jego poglądów na temat wszechświata i jego najgłębsze przekonania – to dziś uważa się za nieistotne, żywo i z wypiekami na policzkach dyskutując o polityce, gospodarce czy choćby o modzie:
Dzisiaj uważa się prawdę za tak nieważną, że wszystko jedno, co kto o niej sądzi. [4]
Niestety, kilka akapitów tego krótkiego tekstu nie pozwala na satysfakcjonujące przedstawienie barwnej postaci, jaką jest Gilbert Keith Chesterton. W celu zapoznania się z życiorysem dziennikarza, zachęcam do lektury jego Autobiografii, a także biografii stworzonych przez Jagę Rydzewską oraz Krzysztofa Sadło. Najgoręcej namawiam oczywiście do przeczytania któregokolwiek z jego tomów esejów (wymieniając te, które mam na półce): Dla sprawy, Heretycy, Obrona człowieka, Obrona świata, Obrona wiary, a zwłaszcza do dzieł stanowiących jedną, zwartą całość: Ortodoksja oraz Wiekuisty człowiek.

Przypisy:
[1] G. K. Chesterton, Obrona świata, przeł. Jaga Rydzewska, Fronda, Warszawa 2006, s. 7.
[2] Tenże, Heretycy, przeł. Jaga Rydzewska, Fronda, Warszawa 2005, s. 267.
[3] Tenże, Obrona wiary, przeł. Jaga Rydzewska, Fronda, Warszawa 2012, s. 80.
[4] Tenże, Heretycy, s. 10.

Zawody - coś, co najbardziej mnie kręci

Skoki, ujeżdżenie, western, WKKW, woltyżerka, powożenie.. to tylko nieliczne z zawodów organizowanych dla jeźdźców i ich rumaków. Przybliżę Wam kilka z tych konkurencji.

Ujeżdżenie: W nowoczesnym ujeżdżeniu, jeździec i koń wykonują serię określonych wcześniej ruchów na czworokątnej arenie, zwanej czworobokiem. Znajomość podstaw tej dyscypliny jest konieczna przy uprawianiu innych dyscyplin jeździeckich, np. Skoków.


Skoki przez przeszkody – olimpijska konkurencja jeździectwa, jedna z siedmiu wspieranych przez Międzynarodową federację jeździectwa (FEI). W tej konkurencji, koń i jeździec pokonują przeszkody ustawione na torze zwanym parkurem z jak najmniejszą liczbą błędów. Jest to moja ulubiona konkurencja. O wiele bardziej niebezpieczna od ujeżdżenia i moim zdaniem ciekawsza. 


Wszechstronny konkurs konia wierzchowego (WKKW) – jeden z najbardziej widowiskowych sportów konnych. Jest wszechstronnym sprawdzianem konia i jeźdźca, wymagającym dużego doświadczenia. Zawody odbywają się najczęściej w czasie trzech dni, podczas których przebiegają trzy różne próby sprawności jeźdźca i konia. 


Woltyżerka – W dyscyplinie tej zawodnik lub grupa zawodników wykonuje zróżnicowane ćwiczenia gimnastyczne i akrobatyczne na galopującym, kłusującym lub stępującym koniu.


poniedziałek, 2 stycznia 2017

W Nowym Roku witamy Was zimową piosenką, która dzięki wykonaniu w języku migowym rozgrzewa serduszka nie tylko osób słyszących!
 

sobota, 17 grudnia 2016

Piernikowa magia

Świąteczny czas dla wielu jest ulubionym okresem w ciągu roku. Rodzinny mogą się spotkać przy wspólnym stole, jest to czas pojednania, wyciszenia i oczekiwania na to co przyniesie nam nadchodzący rok.

Kiedy jesteśmy dziećmi najważniejsze są dla nas prezenty, gdy dorastamy zwykle zaczynamy doceniać ludzi dookoła i to jak cudownie jest się spotkać.
est jeszcze coś, co przyprawia nas o szybsze bicie serca, a mowa tu oczywiście o : JEDZENIU. Na wigilijne potrawy czekam cały rok. U mnie są to: pierogi z kapustą i grzybami, barszcz z uszkami, karp, łazanki itd. ( jest ich dwanaście 😀 )i wszystko oczywiście własnoręcznie przez nas przygotowane. Nie możemy tutaj zapomnieć o makowcu i serniku.

 Ale zajmijmy się dzisiaj piernikami. Ich zapach i smak zapowiadają zbliżającą się magię. Przygotowanie  nie zajmuje zbyt wiele czasu, ale na dekorowanie musicie sobie zarezerwować kilka godzin.

Przepis na 9 blach:

  • 1kg mąki pszennej
  • 300g masła
  • 250g cukru
  • 250 g płynnego miodu
  • 4 łyżeczki przyprawy korzennej do piernika
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 4 łyżki kakao (ja dodaję 3,5 łyżki słodkiego kakao i 0,5 naturalnego, gorzkiego)
  • 1łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 3 zółtka
  • 4-5 łyżek słodkiej, płynnej śmietany 30%


1. Masło, miód, cukier, przyprawę korzenną, kakao i cynamon podgrzewać na małym ogniu ciągle mieszając, aż wszystkie składniki się połączą. Pozostawić do ostygnięcia.


2. Sodę rozpuścić w 2 łyżkach wody. Wmieszać do ostygniętej masy. Dodać żółtka i wymieszać.








3. Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia. Połączyć z masą i zgnieść na ciasto. Na koniec dodać śmietanę, tak aby powstało jednolite ciasto.
4. Ciasto rozwałkować na posypanym mąką blacie na ok 5-7 mm.
5. Piec w nagrzanym piekarniku maksymalnie 10 min. w temp 180 stopni. Pozostawić do ostygnięcia.
6. Przygotować lukier. Białko miksujemy z 1 szklanką cukru pudru. Następnie dodajemy tyle cukru pudru żeby nasz lukier był odpowiednio gęsty i się nie rozlewał.
7. Najlepiej przechowywać w metalowych puszkach.


UWAGA: Znikają błyskawicznie !

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Dążąc do obiektywizmu, czyli trochę o debatach

Prawda. Trudno o słowo wywołujące bardziej sprzeczne reakcje. Jedni z zapałem jej poszukują, drudzy w panice przed nią uciekają. Niektórzy sądzą, że mają własną, tkwiąc w ułudzie niczym człowiek, który uznał, że ma prawo do posiadanie własnego, prywatnego i osobistego słońca czy księżyca. Istnieją też tacy, którzy wątpią w jej istnienie - sprowadzając jednak własne wątpienie do absurdu, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi.

W każdym razie ja uważam, że prawda rzeczywiście istnieje, jest obiektywna, a więc dla wszystkich jedna i taka sama - niezależnie od różnorodności opinii na jej temat. Jest poznawalna, stąd człowiek ma możliwość jej odkrycia. Co więcej - wierzę, że istnieją ludzie, którzy w danej sprawie posiedli prawdę, a także - co wielu doprowadza do białej gorączki - ludzie, którzy w danej sprawie nie posiedli prawdy, przez co mylą się i zwyczajnie nie mają racji, uznając fałsz. Pewni ludzie głoszą prawdę na temat świata, podczas gdy inni mówią o nim nieprawdę. Nie wszyscy mamy rację - niezależnie od tego, jak mnóstwo osób to zaboli.

Nasza współczesna, postmodernistyczna kultura zwyczajnie nie uznaje powyższego przekonania za godne aprobaty. To zbyt ostre, zbyt radykalne, zbyt czarno-białe. To... zbyt obraźliwe! To zdecydowanie zbyt wiele, by mógł znieść to członek cywilizacji Zachodu. To tylko staroświeckie farmazony - mamy przecież XXI wiek. Jedni mają rację, a drudzy się mylą? O nie, przecież z tego może wyniknąć jakaś wojna, najpewniej krwawa i religijna!

O właśnie... Z uwagi na powyższą perspektywę na rzeczywistość, w Europie zaczyna zamierać kultura sformalizowanej dyskusji. O ile dawniej organizowano liczne debaty publiczne, które dotyczyły całego wachlarzu problemów społecznych, filozoficznych i teologicznych, dziś czyni się to coraz rzadziej. Czy to dlatego, że brakuje nam ludzi wykształconych, gotowych do wzięcia udziału w takim przedsięwzięciu? Nie - ludzi nie obchodzi dziś prawda

Wystarczy spojrzeć dziś na debaty, które się jeszcze ostały i wywołują jakiekolwiek zainteresowanie. Mowa oczywiście o debatach politycznych, zwłaszcza w kontekście kampanii prezydenckich. W ciągu ostatnich lat na naszym podwórku mieliśmy do czynienia z debatami między Dudą a Komorowskim, tymczasem za oceanem - pomiędzy Trumpem a Clinton. Ich długość, jakość oraz przygotowanie uczestników pozostawia wiele do czynienia. Większość czasu poświęca się na wzajemne obrażanie się, cięte riposty, wyrywanie zdań z kontekstu wypowiedzi przeciwnika oraz tworzenie wymyślnych karykatur jego programu wyborczego. Brak jednak miejsca na rzeczową, szczerą i dłuższą niż półtora godziny konwersację między dwojgiem kompetentnych osób. Moim zdaniem trudno też o to, by rozmawiano na tematy bardziej fundamentalne, niż polityka, gospodarka czy ekonomia - sens życia człowieka, istnienie osobowego Boga czy głębokie kwestie moralne.

W Polsce nie wykształciliśmy tzw. kultury debaty - programy telewizyjne typu Tak czy nie w Polsat News próbują imitować sensowną dyskusję, jednakże robią to szczególnie nieudanie, ponieważ uczestnicy albo niemal całkowicie się ze sobą zgadzają, głaszcząc się z uśmiechem po główkach, albo warczą na siebie niczym psy, wchodząc sobie w słowo... W USA jest nieco inaczej, jednak debaty formalne stanowią raczej domenę środowisk akademickich. Ogromnym plusem jest to, że ten kraj wytworzył już dawno kulturę debaty z uwagi na różnorodność narodowościową, etniczną i wyznaniową, jaka od zawsze charakteryzowała Stany Zjednoczone. Obecnie jednak tę różnorodność wykorzystuje się nie do stworzenia intelektualnego fermentu, w którym możliwa jest prawdziwa debata, lecz do wprowadzania reżimu sztucznej, nudnej i cukierkowej kultury jednomyślnej tolerancji - kultury, w której każdy ma obowiązek zgadzania się z każdym, natomiast każde wyrażenie własnego zdania w przestrzeni publicznej może wiązać się z otrzymaniem łatki X-foba, gdzie pod X można wstawić absolutnie cokolwiek.

W każdym razie chciałbym napomknąć, że jednym z moich zainteresowań jest właśnie oglądanie i słuchanie debat formalnych. Niekiedy prowadzę z nich notatki, dlatego założyłem sobie kilka specjalnych zeszytów. Większość z nich jest w języku angielskim, stąd są zapoznawanie się z nimi służy pogłębianiu zdolności językowych. Umożliwia też poznanie w obiektywny sposób poglądów zarówno jednej, jak i drugiej strony - jeden dyskutujący zwykle nie przerywa drugiemu wypowiedzi, zwłaszcza że debata podzielona jest na sumiennie pozaplanowe sekcje, a każda ma ściśle określony czas trwania... Poniżej zamieszczam trzy przykładowe debaty formalne - zachęcam do obejrzenia!

Etyczność homoseksualizmu (po angielsku):


Problem istnienia Boga (po angielsku):


Aborcja (po polsku):


Życzę bogatych przemyśleń!

Nieznośna lekkość bytu

Coś, co stanie się raz, jak gdyby nie stało się nigdy.
Jeśli człowiek ma prawo tylko do jednego życia, to jakby nie żył w ogóle.

Pierwsza książka jaką przedstawię wam, jest dla mnie niczym mężczyzna. Zauroczyłam się nią już gdy tylko usłyszałam jej tytuł. Nieznośna lekkość bytu, to zabrzmiało dla mnie pięknie i intrygująco - wiedziałam, że muszę ją mieć w biblioteczce. A gdy tylko przebiegłam wzrokiem kilka pierwszych linijek, wiedziałam, że to nie będzie przelotny romans.

Ciągle nam się wydaje, że wszystkie nasze działania są po coś, że tak wiele znaczą, że poruszamy się po świecie jako jedyni świadomi. Ta powieść Milana Kundery, czeskiego pisarza oraz eseisty, obala tkwiące w nas mityczne podejście do własnego istnienia. Jej myślą przewodnią jest zupełne przeciwieństwo tego przeświadczenia. 

Ukazuje jak nieistotne są nasze wybory, niesprawdzalne inne scenariusze, niemożliwe do powtórzenia i naprawienia. Na kanwie historii głównych bohaterów: lawirującego wśród kobiet Tomasza, jego żony Teresy oraz artystki Sabiny czytelnik wkracza w świat, w którym człowiek jest jedynie marionetką, podrygującą na wietrze własnych niskich potrzeb. 

Dramatycznie potrzebujemy i szukamy szczęścia, błądzimy po omacku i w nieznośnie lekki sposób tracimy na nie szanse tak wiele razy. Paradoksalnie mimo nie napawającego optymizmem przekazu, upatruje w tej powieści drogowskazu dla siebie. Przeczytałam ją trzykrotnie w całości i pewnie kilka kolejnych razy fragmentarycznie i ciągle odnajduję myśli dające ukojenie we własnym nieznaczącym wiele bycie.

Polecam także inne pozycje tego autora: Święto nieistotności, Walc pożegnalny, Życie jest gdzie indziej i wiele innych. Wszystkie spójnie przekazują system wartości oraz sposób patrzenia na świat Milana Kundery, i mimo że opowiadają inne historie - wzajemnie się uzupełniają.

10 gramów słodkiego szczęścia


10 gramów to całkiem niewiele prawda? Szczególnie jeśli chodzi o coś co może nas mocno uszczęśliwić, oczywiście jeśli ktoś lubi słodycze. Mowa tutaj będzie o domowych bezach. Beza jest wyrobem cukierniczym składającym się z białek jaj kurzych i cukru. Używana jest do ozdoby tortów, można również przełożyć ją kremem, bądź podawać z lodami i owocami. 

Mama powtarza, że w dzieciństwie ja i mój brat wciąż chcieliśmy jeść bezy. Sama dobrze pamiętam jak pewnego razu dostałam pięć złotych i przejęta ruszyłam do sklepu żeby kupić sobie coś słodkiego. W małym osiedlowym sklepiku zauważyłam, że za panią ekspedientką stoi karton wypełniony małymi, różnokolorowymi bezikami. Podałam pani moje oszczędności i poprosiłam bezy za całą "piątkę". Byłam niesamowicie szczęśliwa i zdziwiona kiedy pani podała mi duży worek kolorowych słodkości. I to właśnie jest cudowne w bezach : są lekkie i tanie.
  
Niektórzy myślą, że bezy są skomplikowanym wypiekiem, że trzeba je suszyć i nie wychodzą twarde i chrupiące, tylko miękkie i ciągnące. A ja Was teraz zaskoczę! Znam przepis, który sama sprawdziłam i za każdym razem bezy wychodzą dokładnie takie jakie być powinny. 

Składniki: 
2 duże białka (lepiej i szybciej się ubiją jak będą w temperaturze pokojowej)
120 g cukru
Szczypta soli







1.Ubijamy białka mikserem, dodajemy sól, kiedy piana będzie sztywna dodajemy cukier ( nie cały od razu, najlepiej dodawać niewielkimi porcjami !)
2. Do ubitej piany możemy dodać barwnik spożywczy ( nasze beziki będą wtedy ciekawsze)

3. Bezy możemy wyciskać przy pomocy worka cukierniczego, bądź nakładać łyżką.
               4. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia
                5.Wyciskamy nasze bezy, zostawiając między nimi trochę miejsca – jeszcze urosną podczas pieczenia

                6 Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 120 stopni i pieczemy przez godzinę, czas może się trochę różnić w zależności od wielkości bezów.
Bezy możemy podarować komuś jako słodki upominek, albo schować do słoiczka i postawić w widocznym miejscu jako element ozdoby naszego wnętrza. A od czasu do czasu podjadać. 
Do piekarników marsz i smacznego !

poniedziałek, 28 listopada 2016

Jestem CODA i CO DAlej?

Wiele osób szokuje informacja, że ponad 90% głuchoniemych rodziców ma zdrowe, w pełni słyszące dzieci. Jest to możliwe, gdyż głuchota, choć często uwarunkowana jest genetycznie, to częściej w sposób recesywny, niż dominujący Ten znany na świecie fenomen doprowadził do powstania terminu CODA, który określa słyszące dzieci niesłyszących rodziców. Millie Brother, twórczyni tego pojęcia jest z wykształcenia muzykiem, zatem wybór słowa, który w muzycznym nazewnictwie ma określać zakończenie utworu muzycznego, zamykając go i podsumowując, choć jednocześnie, dzięki nowym, niewykorzystanym dotychczas taktom staje się niekończącą historią, możliwą do interpretacji na tyle sposobów, ilu słuchaczy zechce go wysłuchać, nie jest przypadkowy.

Olga Bończyk, znana aktorka filmowa i teatralna oraz wokalistka doskonale odnajduje się w świecie dźwięków pomimo tego, że sama jest Codą. Jej rodzice nie słyszą, od dziecka więc jej życie nie było podobne do codzienności jej rówieśników. To ona była łącznikiem pomiędzy rodzicami a słyszącym światem, w którym odbywały się sprawy wielkie i prozaiczne, jak choćby robienie zakupów, czy załatwianie urzędowych formalności. Od wielu lat jest ambasadorką programu „Dźwięki marzeń”, którego celem jest polepszanie jakości życia niesłyszących dzieci. Wychowywana w świecie dwóch języków – mówionego i pisanego, jest dumna z tego, że potrafi porozumiewać się z ludźmi, którzy w wielu środowiskach nadal pozostają wykluczeni. Zmienione niedawno przepisy głoszą, że obowiązkiem urzędów czy przychodni zdrowia jest zapewnienie osobie głuchej, która zgłasza się do danej instytucji tłumacza, który umożliwi porozumienie się z nią. Niestety, w wielu miejscach to wciąż niezrealizowana idea, której wdrożenie odkłada się na później.

Bycie Codą często wiąże się z alienacją, poczuciem wyobcowania, odsunięciem od rówieśników. Mali dorośli są wyjątkowo odpowiedzialni i empatyczni, jednak w dawnym społeczeństwie słowo „głuchy” utożsamiano ze słowem „głupi”. Prowadzone uświadamiające kampanie społeczne mają na celu pokazanie, że życie osoby niesłyszącej nie musi być zjawiskiem społecznym, które staje się wyłącznie przyczyną ciekawskich spojrzeń. Osoby głuche starają się prowadzić życie podobne do naszego. Olga Bończyk i jej brat są wyjątkowo utalentowani muzycznie. Już od najmłodszych lat aktorka grała na fortepianie i biegle władała językiem migowym. W jednym z wywiadów wspomina,  że gdy okazało się, że jej mama zachorowała na nowotwór to ona wyjaśniała, dlaczego musi wrócić do szpitala, co może się wydarzyć, jak będzie wyglądało leczenie. Zapytana o to, czy próbowała wytłumaczyć sobie te trudne doświadczenia odpowiada: „Wierzę w to, że życie doświadcza nas po to, byśmy mądrze odrobili lekcje, które nam zadano w chwili przyjścia na świat. Jest taka przypowieść: <Człowiek spotkał się z Bogiem w niebie. Bóg pokazał człowiekowi całą jego życiową drogę, gdzie po śladach było widać, że Pan bez przerwy szedł obok człowieka. Lecz oto człowiek zobaczył najcięższe okresy swojego życia i były tam tylko jedne ślady i zwrócił się do Boga z wymówką: Dlaczego wtedy mnie zostawiłeś!? Na to Bóg: To moje ślady, niosłem cię na rękach>. Kiedy myślę, że wszyscy mnie opuścili, wtedy wierzę, że Bóg mnie wziął na ręce i przenosi w coś lepszego.”

Mamy więc wśród nas nie tylko CODY, czyli słyszące dorosłe dzieci niesłyszących rodziców, ale również KODY, czyli dzieci nieletnie, OCODY, którzy są jedynymi dziećmi głuchych rodziców, OHCODY, które jako jedyne w rodzinie słyszą, SODY wychowujące się z głuchym rodzeństwem, GODY, czyli wnuczęta głuchych dziadków. Wielu z nich migać umiało przed wypowiedzeniem pierwszych słów. Jednocześnie ci ludzie są jedynymi w pełni akceptowalnymi w środowisku głuchych osobami słyszącymi. Wielu z nich w dorosłym życiu pracuje jako tłumacze lub jako nauczyciele w szkołach integracyjnych. Inni zaś celowo wybierają zawód, który pozwoli im na ucieczkę ze środowiska, w którym dorastali, pomimo tego, że  psychicznie nie radzili sobie z ciążącą na nich odpowiedzialnością i zadaniami.

Być może wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, że zna kogoś, kto funkcjonuje w dwóch światach – tym pełnym dźwięków, muzycznych utworów, nieodzownego radia i koncertów oraz świecie gestów. Może dzięki tej świadomości inaczej spojrzymy na osoby w tramwaju czy autobusie, które za pomocą rąk tworzą niezrozumiałe dla nas znaki? A może w końcu w ogóle je dostrzeżemy?

poniedziałek, 21 listopada 2016

Czytajcie na zdrowie!

Każdy z nas potrzebuje w życiu rytuałów, które zapewnią nam poczucie bezpieczeństwa i stałości. Gdy wszystko wokół nas gna na złamanie karku, największą przyjemność dają chwile bezkarnego odpoczynku, gdy robimy coś tylko dla samych siebie.

Mi to wspaniałe uczucie dają książki. A nawet nie jedynie one, ale wszystkie czynności i drobne ceremonie, które towarzyszą czytaniu.

Zanim rozpocznę czytanie przede wszystkim muszę się wyciszyć, zapomnieć o obowiązkach i upływającym czasie, tak aby w pełni wczuć się w czytane dzieło - dlatego też rzadko zdarza mi się czytać w miejscach publicznych. Poza tym, obowiązkowo herbata bądź cokolwiek innego do picia i koc na ramionach, w taki stanie mogę spędzić długie godziny, pozostawiając realny świat daleko za mną.

Nigdy nie rozumiałam osób, które nie czytają - wymawiają się brakiem czasu lub twierdzą, iż to nudne zajęcie. Myślę, że czas przeznaczony na czytanie nigdy nie jest zmarnowanym, a korzyści jakie ono przynosi (umiejętność formowania wypowiedzi, bogate słownictwo czy łatwość w poprawnym stosowaniu zasad ortografii) zostają z nami na zawsze. Poza tym znajomość kanonu lektur od razu stawia człowieka w gronie ludzi wyształconych i inteligentnych i pozwala lepiej zrozumieć pop-kulturę, która w ogromnej mierze bazuje na postaciach i motywach, które swoje źródło mają w literaturze. 

Z tych powodów oraz mojego osobistego sentymentu, zachęcam do zainteresowania książkami nawet tych (a może zwłaszcza?) którzy byli z nimi na bakier. W kolejnych artykułach przedstawię pozycje według mnie obowiązkowe dla każdego mola książkowego.
 

sobota, 19 listopada 2016

Jazda konna - sport trudniejszy od pozostałych

Większość moich znajomych uważa, że jeździectwo wcale nie jest sportem. Myślą, że wystarczy wsiąść i jechać. Nic bardziej mylnego.

Jeździec musi zgrać się ze zwierzęciem, a ono ma swój własny sposób myślenia. Nigdy nie możemy przewidzieć, co wydarzy się za 5 sekund, a mimo tego zarówno koń, jak i jeździec muszą sobie zaufać. Wbrew pozorom trudno jest zaufać nieprzewidywalnemu zwierzęciu, ważącemu pół tony, które może w każdej chwili Cię zabić. Jeździectwo wymaga ogromnej odwagi, dlatego dla nas- jeźdźców jest to coś więcej niż sport.

Trzeba nauczyć się pracować z istotą, która nie rozumie poleceń głosowych. Trzeba nauczyć się rozmawiać, nie używając słów. W tym sporcie nie można liczyć tylko na siebie- trzeba mieć na uwadze to, że nie sami pracujemy na to, aby coś osiągnąć. Z koniem porozumiewamy się w sposób niewidoczny dla obserwatorów. Za pomocą łydek, bioder, rąk.

Co po ciężkim upadku? No właśnie, sama nie jeden taki miałam. W moim przypadku skończyło się tylko (lub aż) na urazach kręgosłupa, aczkolwiek niejednokrotnie można spotkać się z połamanymi kończynami, czy nawet śmiercią. Często po kontuzji jeździec ma blokadę i na tym kończy się przygoda z jeździectwem, sama też miałam taki moment w życiu, jednak mi udało się przełamać strach.

Mimo tego, że jeździectwo jest jednym z najbardziej niebezpiecznych sportów to i tak moim zdaniem, jest też jednym z najpiękniejszych.
 

poniedziałek, 7 listopada 2016

Usłyszeć ciszę

Czy umiecie zasłuchać się w ciszy? Zalani falą dźwięków z trudem odnajdujemy się w świecie, w którym choćby na chwilę zostajemy odcięci od nieustannego dopływu decybeli. Zmysł słuchu jest wielkim skarbem, niedocenianym przez człowieka, podobnie jak wzrok, węch, dotyk i smak. Wyobraźmy sobie świat, w którym nie możemy dostrzec kolorowych liści spadających z rozebranych przez wiatr drzew, niemożliwym staje się usłyszenie ich szelestu ani poczucie zapachu jesiennego deszczu, którego składowe kropelki dotykają naszych dłoni i spadają dzieciom na wysunięte z ciekawości języki. Czy świat staje się mniej barwny gdy paleta naszego postrzegania świata staje się ograniczona przez utratę któregoś ze zmysłów?
 
Dwie dłonie, każda z nich składająca się z pięciu palców. To na nich jako dzieci rozpoczynamy naukę liczenia, to nimi wydobywamy z miski resztki pysznego kremu do ciasta i to nimi rozpoczynamy wojnę na łaskotki z młodszym rodzeństwem. Dla ludzi głuchych dłonie są odpowiednikiem ust. To one pozwalają wyrazić każde drżenie myśli i podzielić się z drugim człowiekiem tym, co aktualnie przeżywa dusza, serce i umysł. Do świata osób głuchych postanowiłam wkroczyć niecałe dwa lata temu. Nie można wbiec z hałasem i radosnym okrzykiem powitalnym. To świat ciszy, w którym goszczą wielkie emocje, w którym tak samo jak u osób zdrowych płyną łzy i podnoszą się w radosnym uśmiechu kąciki warg. Funkcjonowanie w ich rzeczywistości różni się od zwykłego życia. W języku migowym nie ma miejsca tylko i wyłącznie na znaki ideograficzne, na prawidłowe ułożenie dłoni i staranną wymowę, która umożliwi głuchemu odczytanie słów w ruchu naszych warg. Miga się nie tylko dłońmi, ale każdą cząstką siebie. Migają oczy, miga twarz, miga serce. Niemożność przekazywania emocji za pomocą głosu została zastąpiona alternatywnym wykorzystaniem mimiki, której wachlarz możliwości nie zostaje wykorzystany nawet w 50% podczas rozmowy osób słyszących.
 
Głusi i osoby niedosłyszące żyją wśród nas. Ukryte w pędzącym za hałasem tłumie pozostają często niezauważone, lub traktowane jako lokalna atrakcja, którą warto poobserwować z bezpiecznej odległości. Prowadzona kilka lat temu kampania społeczna „Niepełnosprawni mogą Cię zarazić, ale tylko pasją” pokazuje, że czas wykluczenia osób innych niż my, dawno powinien się zakończyć. Radość życia i szerokie spektrum umiejętności, które prezentują osoby niepełnosprawne i ich rodziny są naprawdę zaraźliwe. Ja już się zaraziłam i nie wiem, czy kiedykolwiek znajdę na to lekarstwo. Czy chcecie złapać ode mnie tego bakcyla?

Światowy bestseller od tysięcy lat

Interesuję się wieloma pokrewnymi dziedzinami wiedzy humanistycznej, m.in. teologią, filozofią, historią oraz biblistyką. W tym artykule chciałbym powiedzieć nieco zwłaszcza o tej ostatniej. W piątek udało mi się znaleźć wystawie historii Biblii w Miejskim Domu Kultury w Barcinie. Bardzo się ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, że organizatorzy zawitają również do miasta, które znajduje się zaledwie kilka kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. Ekspozycja wędruje po całej Polsce i odbyła się także w Toruniu, jednak pechowo nie udało mi się na niej pojawić. Jak widać, jeśli ja nie poszedłem na wystawę, to wystawa musiała przyjść do mnie...

Biblia stanowi najważniejszą bliskowschodnią Księgę, która ukształtowała cywilizację Zachodu, a obecnie jej treść i przesłanie znane są na całym świecie, zwłaszcza dzięki jej tłumaczeniom na języki narodowe. Obecnie całe Pismo Święte, przez wielu uważane za Słowo Boże, przełożone jest aż na 457 języków, tymczasem sam Nowy Testament dostępny jest w 1211 językach. Jednak nie zawsze tak było, o czym dowiedzieć można się dzięki ogólnopolskiej wystawie. Stary i Nowy Testament powstawały przez całe wieki - najczęściej mówi się o około 1500 lub 1600 latach. Zawiera 66, 73 albo nawet 76 ksiąg, zależnie od przyjętego kanonu Starego Testamentu, który jest różny, zależnie od wyznania chrześcijańskiego. Powstała w trzech językach - księgi Starego Przymierza zostały napisane głównie po hebrajsku, z fragmentami aramejskimi, tymczasem Nowe Przymierze zostało spisane w całości w języku greckim w odmianie koine.

Opowiedziana mi przez przewodnika historia zaczyna się od masoretów, czyli żydowskich kopistów, którzy z chorobliwą wręcz precyzją przepisywali tekst Pism, licząc dosłownie każdą hebrajską literę, by nie zgubić choćby jednej z nich. W XX wieku dokonano interesującego odkrycia, jakim było odnalezienie starożytnych manuskryptów w Qumran nad Morzem Martwym. Najzupełniej przypadkiem natrafiło na nie dwóch pasterzy, którzy kompletnie nie wiedzieli, jak cenne są znalezione przez nich artefakty - według przewodnika sprzedali je za 200 dolarów, podczas gdy osoba, która je odkupiła sprzedała manuskrypty w Europie za około 200 000 dolarów. Zostawiając jednak na boku kwestię finansową, odkrycie zwojów pomogło potwierdzić wiarygodność tekstu biblijnego i wierność jego przekazywania. 

Wiele miejsca poświęcono najróżniejszym tłumaczeniom Biblii, począwszy od greckiej Septuaginty, przez łacińską Wulgatę, na polskiej Biblii Gdańskiej kończąc. Jednak historia przekładów biblijnych nie jest nudną opowieścią o żmudnej pracy naukowców - wielu z tłumaczy było odważnymi buntownikami, którzy przepłacili życiem chęć udostępnienia zwykłym ludziom Biblii w ich rodzimym języku. Szczególnie poruszające są tutaj biografie Williama Tyndala oraz Johna Rogersa, którzy żyli w XVI wieku. Obaj, prześladowani przez władze państwowe i Kościół Rzymski, ostatecznie spłonęli na stosie z powodu dzieła, którego się podjęli, a stos pierwszego - jak na ironię - został rozpalony na jego Nowych Testamentach... Są to więc dzieje nie tylko samego tekstu, ale też realnie istniejących ludzi, wraz z ich dramatami, intrygami i marzeniami.

Na wystawie można było zobaczyć całą historię Biblii w telegraficznym skrócie - od dzbanów na manuskrypty, papirusów i glinianych tabliczek, ręcznie kopiowane teksty średniowieczne, nowożytne tłumaczenia angielskojęzyczne, aż po współczesne, drukowane przekłady. To prawdziwa gratka nie tylko dla zainteresowanych Biblią, lecz także dla wszelkich miłośników starych, pożółkłych ksiąg, zwłaszcza że eksponatów można było swobodnie dotknąć, chociażby kartkując egzemplarze. Poniżej zamieszczam również fotoreportaż, aby to o czym mówię nie było dla czytelnika tak odległe.